Ludzie po pięćdziesiątce często wracają wspomnieniami do czasów swojego dzieciństwa. W Internecie nie brakuje opowieści o wakacjach spędzanych na wsi – u dziadków, rodziny czy przyjaciół. Co dzień rano słynna Polka Dziadek, a za oknami wielkie podwórka, drzewa uginające się od owoców, pachnące warzywniki, kury, kaczki, krowy i ten wyjątkowy spokój, którego dziś coraz trudniej doświadczyć. Takich wspomnień nie da się wypisać do końca z pamięci. One po prostu w człowieku zostają.

Czasami zastanawiam się, czy dzisiejsze dzieci za czterdzieści lat również będą z takim sentymentem wspominały swoje wakacje.
Ja dziś wracam myślami do początku lat osiemdziesiątych. Przez długi czas nie potrafiłem określić, który to był dokładnie rok. Dopiero po latach skojarzyłem, że niemal z każdego radia płynęła wtedy piosenka „Dmuchawce, latawce, wiatr” Urszuli. Zatem był to rok 1983 i debiut tego utworu.
W Sromowcach Wyżnych spędziłem kilka wakacji. Dziś miejsca, które pamiętam z dzieciństwa, już nie ma. Dom, w którym mieszkaliśmy u przyjaciół rodziny, zniknął, podobnie jak cała okoliczna zabudowa. Wszystko zostało wyburzone, a teren zalano wodą.

Dzisiaj znajduje się tam Jezioro Sromowieckie. Miałem wtedy dziesięć lat. Dla chłopaka w tym wieku największą atrakcją była oczywiście wieś i możliwość kąpieli w Dunajcu. Czasami rodzice zabierali mnie i kolegów na lody do Czorsztyna. Dzisiaj brzmi to zwyczajnie, ale wtedy była to prawdziwa wyprawa i wielka frajda. To był również czas pierwszych intensywnych prac przy budowie zapory na Dunajcu. Teren, który dziś znajduje się pod wodami Jeziora Sromowieckiego, wyglądał zupełnie inaczej. Pamiętam trochę zieleni, mnóstwo kamieni i charakterystyczne rozlewiska.

Najbardziej utkwiły mi w pamięci tzw. banie – tak nazywaliśmy większe oczka wodne powstające podczas robót ziemnych i zmian w korycie rzeki. Dla nas były miejscem pełnym tajemnic i przygód, ale kąpiele w nich były wyjątkowe.

Mając za sobą zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej, nie zdawałem sobie sprawy, że za dekadę z haczykiem cały ten krajobraz zniknie pod wodą. Zapora była dla mnie po prostu jakąś budową.
Pamiętam śmigłowce pracujące przy budowie. Dzisiaj ich widok na niebie nikogo nie dziwi, ale wtedy było to ogromne wydarzenie. Nieraz obserwowaliśmy maszyny krążące nad doliną i wznoszące jakieś stalowe elementy.

Dopiero jako dorosły zrozumiałem emocje, które towarzyszyły mieszkańcom. Wielu z nich patrzyło na budowę z niechęcią, a nawet złością. Trudno się dziwić – niektórzy musieli opuścić swoje domy i budować życie od nowa w innych miejscach. Pamiętam rozmowy dorosłych, choć jako dziecko nie rozumiałem ich znaczenia.
To były inne czasy, inny ustrój i zupełnie inne spojrzenie na decyzje podejmowane przez państwo. Były bardzo duże problemy z pracą, mężczyźni spełniali się w kuśnierstwie, flisactwie, a sporo kobiet pracowało w domach, szyjąc elementy obuwia dla byłych Nowotarskich Zakładów Przemysłu Skórzanego „Podhale”. Mówiło się na nie „Kombinat”, a spod rąk szyjących dla tego zakładu osób wychodziły np. niezapomniane Relaksy.

Pamiętam również, że mówiono o przyszłości regionu. Pojawiały się głosy, że dzięki jezioru rozwinie się turystyka i powstaną nowe miejsca pracy. Niewielu chciało w to wierzyć. Dzisiaj widać, że te przewidywania w dużej mierze się sprawdziły. Jezioro Czorsztyńskie stało się atrakcją turystyczną, a zapora od lat spełnia swoją rolę.

Dziś wszystkie wspomnienia wracają, gdy tylko stanę w okolicy skrzyżowania na dole Sromowiec Wyżnych, gdzie droga główna biegnie w kierunku Niedzicy, przez most z obecną małą elektrownią wodną, zaś druga ścieżka skręca w prawo w stronę zapory.

Właśnie w tej okolicy biegła dawna droga prowadząca przez wieś do Czorsztyna.
Pamiętam ją jako drogę położoną nieco dalej od zbocza. Dziś prowadzi do bramy zapory. Wszystko, co wtedy było częścią mojego dzieciństwa, spoczywa pod taflą wody.

Takie są właśnie wspomnienia. Miejsca znikają, krajobrazy się zmieniają, ludzie odchodzą, ale obrazy zapisane w pamięci pozostają na zawsze. Czasami wystarczy jedna piosenka usłyszana w radiu, żeby znów mieć dziesięć lat i znaleźć się na brzegu Dunajca, w miejscu, którego już nie ma.
Marcin Turko
Foto. Jerzy Lewicki











