Wyobraźcie sobie typowy zimowy dzień w Tatrach. Szlak zasypany, wiatr maluje twarz na czerwono, a śnieg skrzypi pod butami. I wtedy nagle — jak z reklamowego kadru — pojawia się Ona.
Młoda, zgrabna, wysportowana. Leginsy w neonowe wzory, kurtka w pastelowym różu, czapka wyglądająca jak z najnowszego dropu. Zero zmęczenia na twarzy, jakby szła po płaskim deptaku, a nie przez półmetrowe zaspy. Idealna „mountain gimgirl”, która wchodzi na szczyt w takim stylu, w jakim przeciętny turysta potrafi co najwyżej wejść do galerii handlowej.

I właśnie ona — między jednym selfie a nagrywaniem relacji „Hej kochani, patrzcie, jaki widok!” — nagle staje, rozgląda się z niedowierzaniem i oznajmia z powagą człowieka, który właśnie odkrył nową prawdę o wszechświecie:
„Te szlaki są tak często uczęszczane… to chyba można by je odśnieżać, nie?”
W tym momencie góry zamarły.
Kozica przystanęła i sprawdziła, czy dobrze słyszy.
Wiatr na chwilę ucichł, bo nawet on nie był na to gotowy.
A ja stałem i zastanawiałem się, czy przypadkiem nie nadciąga nowa era — era gór jako infrastruktury miejskiej. Może zaraz zobaczymy:
- pług wirnikowy jadący na Giewont,
- solarkę na szlaku do Morskiego Oka,
- a na Rysy — taśmę jak na lotnisku, żeby szybciej się szło.
Bo przecież „powinno być odśnieżone”.
Góry, nieboga, naprawdę się starają, ale do miejskiego BHP im dalej niż od Gubałówki do Kuźnic.
A Ona dalej nagrywa:
„Kochani, serio… taki ruch, a śnieg? Nie rozumiem.”
I może w tym cała magia: nie każdy przyjeżdża w Tatry po zrozumienie. Jedni chcą adrenaliny, inni ciszy, a niektórzy — po prostu odśnieżonych widoków, najlepiej z filtrem „śnieżna fairy” i captions: mountain vibes only.
Gdyby Tatry mogły odpowiedzieć, pewnie powiedziałyby:
„My tu nie jesteśmy od estetyki, tylko od szacunku.”











